To łatwe pieniądze…
Katarzyna Janiszewska
“Gazeta Krakowska”, 21 kwietnia 2006
Czasem przykład daje koleżanka, często zmusza je do tego sytuacja finansowa, nieudane związki, zły splot okoliczności. To najczęstsze powody popychające młode dziewczyny do zarabiania swoim ciałem. Ale tak naprawdę nie ma reguły, jak się zostaje prostytutką. Często one same nie potrafią powiedzieć, jak to się stało. Jakie dziewczyny kryją się za anonsami towarzyskimi? Postanowiliśmy to sprawdzić, spotykając się z nimi w jednym z krakowskich pubów.
Monika
Monika ma 26 lat, od roku studiuje na jednej z renomowanych krakowskich uczelni, a od dwóch lat pracuje jako dziewczyna na telefon. Ładna, pewna siebie, bardzo naturalna. Ma kasztanowe włosy i piękny uśmiech, który właściwie nie schodzi z jej twarzy. Na pierwszy rzut oka nikt by nie pomyślał, że to profesjonalna call-girl. Żadnych wyzywających ciuchów, tylko dżinsy i prosty sweterek. Ale w każdym ruchu i geście widać, że zna swoją wartość i wcale jej nie krępuje to, co robi.
- Zawsze wiedziałam, że podobam się mężczyznom i postanowiłam to wykorzystać – opowiada. – To łatwe pieniądze, ale trzeba mieć silną psychikę. Jeżeli jesteś słaba, to więcej wydasz na psychoterapeutę, niż zarobisz. Jak działasz w tym biznesie jakiś czas, to później już nikomu nie ufasz. Myślisz, że każdy facet jest nieuczciwy i będzie cię zdradzał. Stajesz się zimną, nieczułą suką. Masz problem ze znalezieniem męża i założeniem rodziny – przestrzega.
Monika zaufała komuś, kto ukradł jej wszystkie pieniądze. Była zdesperowana i postanowiła, że musi je odzyskać. Skąd wiedziała, że będzie mogła to robić z obcymi mężczyznami, bez miłości? - Po prostu wiedziałam – mówi.
Natalia
23-letnia Natalia to śliczna, drobna blondynka. Miła, sympatyczna, bardzo zadbana. Nienaganny makijaż, tipsy, solarium, modne ciuchy: opięte spodnie, krótka kurteczka i buty na obcasie. Jako dziewczyna do towarzystwa dorabia sobie już od trzech lat. O swojej pracy opowiada bez skrępowania. Jak mówi, teraz seks za pieniądze to nic nadzwyczajnego. To już właściwie norma.
- Nie miałam co jeść. Koleżanka zaproponowała mi, żebym przyszła na jedną noc i zobaczyła, jak to jest. Przyszłam. Właściwie niewiele musiałam robić, a zarobiłam mnóstwo kasy! Na początku było trochę ciężko – przyznaje. – Ale jakoś przebolałam tego pierwszego klienta, potem drugiego, trzeciego i kolejnych. A teraz, jak się to wszystko przelicza na pieniądze, to znikają wstyd, wyrzuty sumienia.
Natalia zarabia ok. 500-600 zł na dzień. Nie pamięta sytuacji, żeby nie miała klienta. Zwykle wygląda to tak, że razem z koleżankami siedzą, piją kawę i czekają na telefon. Gdy klient zadzwoni, umawiają się “na mieszkaniu”. Godzina u Natalii kosztuje 200 zł, z czego połowę bierze “opiekun”. Wszystkie dodatkowe życzenia klienta, jak drugi raz w ciągu godziny czy seks bez zabezpieczenia, są płatne ekstra, do rąk Natalii.
- Są dziewczyny, które działają same, ale to głupota. Ja nie muszę się o nic martwić. Przychodzę rano, wychodzę wieczorem i mam spokój. Wszystkie rzeczy typu reklama, mieszkanie, są na głowie opiekuna. No i oczywiście zapewnia nam ochronę.
- Ta ochrona to tak naprawdę cena za spokój – wyjaśnia oficer operacyjny z Komendy Miejskiej Policji w Krakowie (personalia tajne ze względu na specyfikę pracy). – Dziewczyny płacą, żeby nie nachodziły ich grupy z agencji. To nie jest tak, że w mieszkaniu siedzi gość i czuwa nad ich bezpieczeństwem albo że dziewczyny dzwonią, jak mają kłopoty. Jedynie na wyjazdy “opiekun” jedzie z dziewczyną i czeka w samochodzie pod blokiem.
Złego diabli nie biorą
Monika na początku przez trzy tygodnie pracowała w agencji. – Tam dziewczyny traktowane są jak mięso. Wychodzą wszystkie na wybieg, jak łanie, a klient wybiera. To nie dla mnie – mówi.
Teraz pracuje sama, bo nie chce z nikim dzielić się pieniędzmi. Ma kilku stałych klientów, umawia się też na jednorazowe spotkania. Pracuje od 9 do 20, bo to bezpieczna pora. – Wszystkie świry zaczynają się schodzić w nocy – tłumaczy. – Alfonsi też szaleją dopiero w nocy, jak im się wyprowadza klientów w godzinach pracy agencji. Za dużo jest jednak takich dziewczyn, żeby się mogli w tym połapać – przekonuje. – Jest pewne ryzyko, ale wychodzę z założenia, że złego diabli nie biorą.
Justyna
Justyna mieszka razem z rodzicami. Ma 22 lata i w zeszłym roku zaczęła studia na jednej z prywatnych uczelni w Katowicach. Skromna blondynka nie ma w sobie nic z wampa. Delikatny makijaż, włosy do ramion, nie za szczupła, nie za gruba. Ot, przeciętna studentka. Jedyne, czym się wyróżnia i co przyciąga spojrzenia mężczyzn, to duży biust. Justyna nie chce mówić, dlaczego się zdecydowała na taką “pracę”.
- Jeden raz dałam głupie ogłoszenie i rozdzwoniły się telefony. Później już samo jakoś poszło. Początek był straszny. Bardzo to przeżywałam. Chodziłam przybita przez kilka tygodni. Nie było wesoło. Ale przecież nie wszyscy, którzy to robią, są źli. Inni też to robią, tylko bez pieniędzy. Niektórzy robią o wiele gorsze rzeczy i żyją. Nie ma się co katować – przekonuje sama siebie. - Ale jeżeli tylko masz możliwość robienia czegokolwiek innego, co pozwoli ci się utrzymać, to nie pakuj się w takie rzeczy. Tutaj faceci traktują cię jak rzecz. Dzwonią i żądają. Nikomu nie możesz ufać.
Justyna nie ma jeszcze dużego doświadczenia. Dopiero od kilku miesięcy spotyka się z dwoma panami. – Jeden z nich ma własną firmę, a drugi to Turek, właściciel sieci restauracji – opowiada. – Na początku miałam obiekcje, że Turek, że inna kultura. Ale dzwonił do mnie z siedem razy i w końcu się do niego przekonałam. Żaden nie jest w moim typie, ale wygląd to rzecz drugorzędna. Staram się o tym nie myśleć i skupić na innych zaletach. Są zadbani, chodzą na siłownię, basen, solarium. No i liczy się też zachowanie.
Justyna spotyka się z każdym ze “sponsorów” trzy, cztery razy w miesiącu, na godzinkę, dwie. Płacą jej po 1500 zł miesięcznie. Obaj mają rodziny, więc spotykają się w mieszkaniach znajomych albo w motelach. Terminy Justyna ustala kilka dni wcześniej, żeby nie kolidowały z zajęciami. Czasami w grę wchodzą też dłuższe wyjazdy. - Oczywiście nie jest tak, że cały ten czas spędzamy w łóżku – przekonuje. - Chodzimy na kolacje, obiady, na basen.
Polska Pretty Woman?
Klienci dziewczyn to przeważnie mężczyźni w wieku 30-50 lat. – Są uprzejmi, kulturalni – przekonuje Natalia. – Zdarza się, że pomagają dziewczynom w prywatnych sytuacjach. Były nawet przypadki, że koleżanki wychodziły za mąż za swoich klientów. Raz tylko mi się zdarzyło, że nie przyjęłam klienta, bo był brudny i śmierdzący. Ale mam takie prawo, bo to ja wybieram – mówi z przekonaniem. Zdarza się, że któregoś spotka na ulicy czy na zakupach. Czasem idą z żoną, z dziećmi. Ale odwracają wtedy głowę i udają, że jej nie znają.
Do Moniki przychodzą głównie “faceci pod krawatem”. Przeważnie są już znudzeni żoną albo nie układa im się w małżeństwie. Chcą zwykłej, normalnej dziewczyny, takiej do pogadania. Nie żadnej gwiazdy czy wystrojonej laluni, która będzie tylko siedziała z wymalowanymi paznokietkami i gapiła się w ścianę. Wpadają między pracą a zakupami dla żony w Tesco.
- Mężczyźni lubią kobiety sukcesu – mówi Monika. – Problemy mają w domu i przez tę godzinę chcą o nich zapomnieć. Ale przede wszystkim muszą czuć, że nie robisz tego dla kasy, tylko że sprawia ci to przyjemność.
Umieć na piątkę!
W przypadku Moniki układ sponsorski nie wchodzi w grę. – Płaci tysiąc i musisz być do jego dyspozycji, kiedy zechce -mówi. – Zabiera ci najlepsze dni: mecze, sylwestra. A ja lubię czuć się niezależna i sama decydować, kiedy chcę się spotkać, a kiedy nie. Jak mam np. zły humor, albo się uczę, albo po prostu mi się nie chce, wyłączam telefon. Czasem nawet na cały tydzień.
Żeby pozwolić sobie na regularne spotkania ze śliczną call-girl, panowie muszą naprawdę nieźle zarabiać. – Chcę konkretnych facetów – mówi zdecydowanie Monika. – Szukam gości z kasą i klasą. U mnie nie ma targowania. 300 złotych i ma w tym wszystkie przyjemności, łącznie z seksem analnym. Chociaż tego bardzo nie lubię – przyznaje. - To dość wygórowana stawka, ale to cena zaporowa. Nie przychodzą do mnie gówniarze czy chamy.
Klienci bardzo często pytają o koleżankę.
- Trójkąty kręcą facetów, ale z dziewczynami często są problemy. Przychodzą niezadbane albo pijane. Jak się którejś trafi gorszy dzień, to oddaje się za paczkę papierosów. A tak nie można, bo to psuje markę. Gdybyś chciała tak pracować, to mogę ci pomóc – proponuje. – Palisz? – pyta kontrolnie popijając caffee laite. – Mogłybyśmy dzielić się mieszkaniem i składać się na czynsz. Na początek brałabyś 200 zł za godzinę. Bo nie można brać od razu tyle, co ktoś, kto wszystko robi na piątkę - dodaje.
Pieniądze, ach pieniądze…
Monika może pozwolić sobie na wszystko: basen, siłownię, płatne studia, tygodniowy wypad na narty. W ciągu roku zarobiła na samochód i ekskluzywne mieszkanie, a drugie wynajmuje do spotkań. W przeciwieństwie do niej, Natalia nie ma żadnych oszczędności. Na co poszły pieniądze? Profesjonalna call-girl musi o siebie dbać. Konkurencja nie śpi, a wygląd to najważniejsza rzecz w tym “zawodzie”. Aerobik, solarium, kosmetyczka, modne ciuchy – to wszystko kosztuje. Do tego taksówki, nocne życie, imprezy, dyskoteki. Natalia niczego sobie nie odmawia. - Zdarzało się, że jednego wieczoru na dyskotece byłam w stanie wydać tysiąc złotych – opowiada. – Pieniądze zawróciły mi w głowie.
Justyna płaci za studia, wydaje na bieżące potrzeby, część pieniędzy daje rodzicom. Zaoszczędziła już prawie dziesięć tysięcy, ale zdecydowanie odradza taki sposób zarabiania. - Rozumiem dziewczyny, które się na to decydują, bo mają nóż na gardle i nie mają z czego żyć. Ale dla nowych ciuchów czy kosmetyków to bez sensu. Na początku myślałam, że jak będę miała kasę, to będą miała wszystko. Ale nieważne, ile jej masz, ciągle ci mało i mało. Poza tym pieniądze nie dają szczęścia.
Swobodna studentka
Jaka powinna być dziewczyna na telefon? Zdaniem Natalii, panowie często wolą te skromne, naturalne, niż takie, po których widać, że nie są już nowe w tym biznesie. A magiczne słowo, które na facetów działa jak lep na muchy, to… studentka! – Ja na przykład nigdzie nie studiuję, ale piszę tak w ogłoszeniu. To taki chwyt marketingowy – przyznaje.
- Najważniejszy jest uśmiech i swobodne zachowanie – wyjaśnia Justyna. – Trzeba być sobą, bo na dłuższą metę nie da się grać. Faceci lubią to, jak zachowują się młode dziewczyny. Trzeba trochę poudawać “słodką idiotkę”, popytać, co u nich, jak w pracy, posłuchać o problemach. Ale tak naprawdę wszystko, co mówią, puszczam mimo uszu i nie biorę sobie tego do serca. Bo niby czemu bym miała? Oni się nami nie przejmują.
Nikt się nie połapie
Wszystkie dziewczyny mają w ogłoszeniach zasłonięte twarze i działają pod pseudonimem. Wszystkie są do siebie podobne: młode, zgrabne, opalone. Z zachowaniem anonimowości nie ma więc problemu.
- Mój chłopak niczego się nie domyśla, bo przecież mi ufa – opowiada Natalia. - Mówię mu, że zarabiam na promocjach albo że opiekuję się dzieckiem. Ojciec też nie wie, czym się zajmuję, bo w przeciwnym razie chyba by mnie zabił. Mieszkam tylko z nim, mamy nie mam. Na początku trzeba oczywiście uważać z kasą, wydawać dziennie tak po 50 złotych, to nikt się nie połapie – doradza.
- Ja mówię rodzicom, że sprzedaje na giełdzie różne rzeczy od znajomych – przyznaje Justyna.
- Mnie za bardzo na anonimowości nie zależy… – przekonuje Monika.
Kocham go, ale…
Jakiś czas temu Monika poznała chłopaka. On wie, czym zajmuje się jego dziewczyna i chce jej pomóc z tym skończyć. Ale ona jeszcze nie wie, czy chce to rzucić. – Kocham go - twierdzi – ale być może będę musiała go zostawić.
Justyna też ma chłopaka. Już od pięciu lat. I też podkreśla, że bardzo go kocha. - Wiem jak to wygląda, ale to nie jest takie proste – mówi. - Mam wyrzuty sumienia, ale staram się o tym nie myśleć i rozgraniczać to. Żyję w dwóch światach: jeden, kiedy pracuję, i drugi, kiedy się przytulam do mojego chłopaka. Tylko to, że go mam, że wiem, że w domu czeka na mnie ktoś, komu na mnie naprawdę zależy, pozwala mi jakoś funkcjonować i nie zwariować.
Nie będę tego robić zawsze!
Czy zdecydowałyby się jeszcze raz na taki sposób zarabiania? – W naszym kraju nic się nie zmieniło – uważa Natalia. - Dalej jest ciężko o jakąkolwiek pracę. Chociaż gdybym zaczynała z tym rozumem, który mam teraz odkładałabym pieniądze na konto. Poza tym nie zamierzam tego robić zawsze. Skończę z tym, jak tylko uzbieram tyle, żeby mi na wszystko starczało. Ale jeszcze nie teraz, na razie nie chcę z tym kończyć.
Monika też nie wyobraża już sobie normalnej pracy, po osiem godzin, dzień w dzień. – Zarabiasz ze dwa tysiące i musisz ciułać grosik do grosika – mówi z niesmakiem. - Nienawidzę tego! Niektórzy muszą przeżyć cały miesiąc za tyle, ile ja zarabiam w ciągu dnia. Niby można z tym skończyć, ale tak naprawdę jest cholernie ciężko się z tego wyrwać. Bo później już żadna praca cię nie satysfakcjonuje.
- Chcę zarobić tyle, żeby starczyło na studia i wykończenie domu, a później już dziękuję za taką przyjemność – mówi z przekonaniem Justyna. - Poza tym w grę wchodzą warunki fizyczne. Starsi faceci szukają młodszych dziewczyn. Tak było zawsze, jest i będzie. Jeszcze góra dwa lata i kończę z tym. – Nie wiem, po prostu nie wiem – zastanawia się. – Musiałabym się znaleźć jeszcze raz w tej samej sytuacji. Może jednak lepiej było pójść do normalnej pracy, nawet takiej za tysiąc złotych?
Imiona bohaterek zostały zmienione
Łowcy śmierci
“Gazeta Krakowska”, 17 marca 2006r
“Kibice” Cracovii nazywają pogardliwie sąsiadów zza Błoń “psami”. Tamci nie pozostają dłużni i o rywalach mówią “żydy”. Sami siebie nazywają chuliganami. Kibicowanie i zadymy to całe ich życie, a piłkarska drużyna to największa miłość. Dlaczego się biją? Dla sportu, adrenaliny? Nikt już nie pamięta, od kiedy trwa ta “święta wojna” i nic nie wskazuje na to, że się skończy
Marek ma 20 lat i wytatuowany na dłoni znaczek TS. Kibicuje odkąd pamięta. – Pojechałem po buty wczoraj. I już wracam do domu z kolegami, a tu do tramwaju wsiada taki wielki chłop, w szaliku “Antywisła”. No to kumpel zaraz do niego skoczył i mu ten szalik kroi. Gość tak dostał, że cały spłynął, nos mu rozwaliliśmy, puszka na głowie poszła. Wszyscy z tramwaju pouciekali. Motorniczy się zorientował i mówi, że policję wzywa. Kurwa! Myślę sobie: za to, to mi wlepią dziesionę (art. 210 kk – przyp. red.). Dostanę sanki (sankcja – przyp. red.) i na Monte wyląduję. To trzeba było spierdalać…
“Jazda, jazda, jazda! Biała Gwiazda!”
Piątek wieczór. Osiedlowa knajpka na Bieżanowie pęka w szwach. W małej salce gęsto jest od papierosowego dymu. Kibice śledzą mecz Wisła – Groclin. – Kurwa! Jak mógł zmarnować taką piłkę! – słychać wzburzone głosy, gdy Kryszałowicz marnuje kolejny strzał. Barman nalewa piwo za piwem. – Dziś nie poszliśmy na mecz, bo fundusza nie było – mówi Vasquez, kibic Wisły. – Po meczu zwykle zbieramy się na osiedlu i kminimy (rozważamy – przyp. red.) co dalej robić. Jak Wisełka wygra, to jedziemy się pobawić – do Kameleona czy gdzieś. Trochę sobie zabakamy (zapalimy – przyp. red). A jak wynik marny, to wypada komuś przykopać. Jedziemy wtedy na Prokocim i szukamy pierwszego lepszego, bo wiadomo, że tam same żydostwo. A jak to akurat nie kibic, tylko postronna osoba? – No to ma pecha – wzrusza ramionami Vasquez. W latach 90. w Krakowie wszyscy kibicowali. Praktycznie każdy był “za kimś”. Niektórzy nawet szkołę wybierali pod tym kątem. Wtedy też Wisła przechodziła kryzys. Spadła na dół tabeli, piłkarze sprzedawali mecze. O potyczce z ekipą Cracovii nie było wtedy mowy, gdyż oba zespoły kiepsko sobie radziły. Teraz jest inaczej, szanse się wyrównały. W czołówce: Sharksi, Tigersi i Devilsi z Wisły, Jude Gang i Antywisła z Cracovii. Oni rządzą na stadionach i poza nimi. – Żeby jeździć w konkretnej ekipie trzeba mieć wejścia i nieźle zrytą psychikę – twierdzi Marek. – Jak nie idziesz na całość, to nie masz tam czego szukać. Kiedy Sharks każe ci się bić, nie możesz się cofnąć. Drogie bilety i coraz dokładniejsza kontrola sprawiają, że chuligani zaczęli schodzić ze stadionów. Swoje rachunki zaczęli wyrównywać na ustawkach, czyli umawianych walkach. W przeciwieństwie do stadionowych potyczek, tutaj obowiązują zasady. Ekipy spotykają się w ustronnym miejscu, najczęściej poza miastem. Ustalają wcześniej liczbę osób biorących udział w bójce oraz czas jej trwania. Walczy się honorowo: na gołe pięści, bez sprzętu. Chodzi o to, żeby się sprawdzić. Nie można kopać leżącego. Po wszystkim ekipy podają sobie ręce i rozjeżdżają się, każda w swoją stronę. W Krakowie ustawek nie ma, bo nie ma tu czystej walki. – Są za to wystawki – wyjaśnia Cienki, szczupły chłopak w szaliku Wisły Kraków, cały w tatuażach. – Czyli, że niby się umawiamy z Cracovią sześciu na sześciu, ale jak przychodzi do walki, to zza krzaków wyskakuje kolejnych dziesięciu. Najczęściej robi się wjazdy. Ekipa wpada z zaskoczenia na osiedle rywali i szuka wrogów. – Ustawki się nie odbywają z tej prostej przyczyny, że wszyscy używają sprzętów – opowiada Piotrek, który kiedyś jeździł z Devilsami. – Nie ma więc mowy o czystej walce. W Krakowie, gdzie są dwa kluby, chodzi o zdobycie panowania i fizyczne wyeliminowanie przeciwnika. Ważne jest, żeby tak komuś najebać, żeby mu wybić z głowy dalsze kibicowanie.
“Wierność, słowo, którego nie znacie…”
Zdarza się, że nie wszyscy kibice pozostają wierni swoim barwom klubowym. Czasem, nawet po kilku latach, zaczynają kibicować drużynie przeciwnej. Cracovia słynie z przyjmowania “przerzutów”. – Oni biorą ludzi z pierwszej linii frontu. Takich, którzy do niedawna byli ich najzacieklejszymi wrogami – twierdzi Piotrek. – Chłopaki się przerzucają, bo na Cracovii są lepsze interesy z narkotykami – wyjaśnia Marek. – A jak Cracovia widzi, że jest jakiś dobry wojownik, to sama go do siebie ściąga. Tak długo go męczą, aż się przerzuci. Jak chcieli zwerbować kolegę, to w samochodzie pod blokiem wystawali, wybijali mu szyby w oknach. A to był konkretny chłop, w walkach nie do rozdupcenia. Ale się przerzucił. Wisła przerzutów nie przyjmuje. Siedzę kiedyś w knajpie, podchodzi do mnie kolo i mówi: “Wiesz, ja teraz za Wisłą jestem, ale kiedyś to za Cracovią byłem”. A ja mu na to: “To weź kurwa spierdalaj”. – Wiśle chodzi o osoby, które teraz są “ważne” na Cracovii, nie o szarego kibica – uważa Craxa. – Zwykły chłopak z osiedla nikogo nie interesuje! Teraz chuliganka w Krakowie to interesy. A interesy wszędzie są takie same… – Interesy, owszem są u nas lepsze – potwierdza Jarek, kibic Pasów. – Ale Wisła sama z nami robi interesy. Najpierw się robi interesy, później walczy się na sprzęt. Zawsze interesy biorą górę.
“Zawsze i wszędzie policja … będzie”
Jedno “jednoczy” kibiców – wojna z policją. – Policji nienawidzę, bardziej nawet niż kibiców Cracovii – mówi z przekonaniem Vasquez. – Wolałbym policjanta kopnąć. To oni wywołują zadymy. Prowokują nas głupimi zachowaniami. Na dwa lata dostałem zakaz stadionowy za burdy z policją. A tak właściwie to nic nie zrobiłem. – Nieraz od nich dostałem. Jeszcze mam ślad na plecach po gumowej pale – denerwuje się Marek. – Albo robią zdjęcia, które w szkole na tablicy wieszają. Żeby wszyscy wiedzieli, że za Wisłą jestem. A cała szkoła Cracovii kibicuje. – Patrole dopierdalają się do nas o byle co – twierdzi Jarek. – Choćby siedzenie na osiedlu, stanie w jakimś miejscu w kilka osób. – Nieraz zostałem spałowany przez policję zupełnie bez powodu. Chyba tylko dlatego, że jestem kibicem – mówi Helios z Cracovii.
“Fan, fan! Chuligan!”
Marek nie pamięta już, ile razy w bójce oberwał, a ile razy kogoś “pociął”. Z dumą pokazuje wielką bliznę na głowie – pamiątkę po tym, jak dostał obuchem siekiery. – Jakiś czas temu, jak dorwaliśmy gościa z Cracovii, to mu kosami całą dupę pocięliśmy. Taką grubą drewnianą belką z osiem razy po głowie dostał, zanim się złamała. A gość nic, dalej stał. Kumpel go jeszcze tasakiem rąbał, ale mu zeszło i kolegę w rękę trafił. Wszystkie ścięgna mu poprzecinał – opowiada. – Jasne, że ważne jest jak gra drużyna, ale tak naprawdę chodzi o bitkę. Na początku strasznie mnie to jarało. A teraz nie rusza mnie to, jak dostaję wpierdol. Morda nie szklanka. Jedyne, o co się martwię, to rodzina. Jak jadę gdzieś z matką, to ona siedzi w jednym wagonie, a ja w drugim. – Satysfakcja i idea, można to nazwać próbą pokazania kto lepszy, sławieniem klubu – mówi Craxa. – Nikt tego nie zrozumie, dopóki w tym nie uczestniczy, nie wciągnie się w miłość do klubu. Bo jest to miłość specyficzna, nie jak do drugiego człowieka. Czasem nawet głębsza. Patrząc na Marka i jego kolegów nikt by nie pomyślał, że mogą być brutalni. Czy nie czują wyrzutów sumienia, że krzywdzą drugiego człowieka? – Czasem, jak kogoś kłujemy, to tak – przyznaje Marek. – Jak kosę dostałem i leżałem w szpitalu, to sobie myślałem, że nikomu tego nie życzę. Trochę się boję, żeby kogoś nie zabić. Ale na pięści jak się biję, to nie mam wyrzutów. Jak nie ja jemu, to on mi najebie. – Ból uszlachetnia! – mówi Craxa. – Jeśli ktoś się boi, zawsze może się zająć czymś innym! Ryzyko jest wkalkulowane. – Nie mam zamiaru skrzywdzić kogoś niewinnego, kto nikomu nie kibicuje – twierdzi Jarek. – Natomiast walka z wiślakami to dla mnie codzienność. Z początku – dawno temu – były wahania, ale po czasie to mija. – Każdy sobie zdaje sprawę, że jak się jest chuliganem, to ma się wrogów – mówi Cienki. – Ja nawet do kościoła chodzę z jakimś ostrym narzędziem. Teraz też – przyznaje i wyjmuje spod kurtki rzeźniczy tasak. – Zdarza się, że go używam, ale tylko w obronie własnej.
“Święta wojna niech trwa, aż do śmierci ostatniego psa”
Na jeden krótki moment pojawiła się nadzieja, że topór wojenny między wrogimi ekipami zostanie zakopany. Po śmierci Papieża kibice ogłosili rozejm. Nie na długo. – Zgoda po śmierci Papieża była OK. Wiadomo, w czasie żałoby to było dobre. Ale od początku było jasne, że to tylko chwilowe zawieszenie broni – uważa Vasquez. – Dawałem 48 godzin, że zgoda się utrzyma. Między kibicami jest to możliwe. Ale między chuliganami – nigdy. Nie wyobrażam sobie stanąć koło kogoś, kto mi wcześniej kosy żenił – mówi Cienki. – To była taka zgoda, że tego samego dnia, jak wracałem po mszy na Kałuży, to butelką dostałem po głowie – opowiada Marek. – Zgoda była ustalona przez Jude Gang i Sharks do czasu pogrzebu Papieża – mówi kibic Cracovii, Paweł. – Media zrobiły z tego wielkie halo! Najpierw o pojednaniu, a potem o niesłowności kibiców. Tylko że nikt nie mówił, że będzie pojednanie na zawsze. – Jednoczyć chcieli się “frajerzy” – mówi Jarek. – Od początku było wiadome, że to jest na dzień, dwa. Wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie, bo nikt z nas tego nie chce!
“Za Wisłę, za nasz TS pójdziemy aż po życia kres”
Marek właśnie kończy rekonwalescencję. Tydzień spędził w szpitalu, a miesiąc w domu na zwolnieniu lekarskim. – Na dyskotece dostałem. Dymy miałem z jednym typem i jego kolega mi kosę w plecy ożenił. Cudem przeżyłem. Krew bluzgała na wszystkie strony. Taką miałem dziurę, że całe jelita było widać – opowiada i z dumą pokazuje zaszytą dziurę w kurtce. Czy było warto? Narażać własne zdrowie, ryzykować życie? – Pewnie, że warto – mówi. – Za Wisłę mogę życie oddać. Za klub, nie za kolegów. Dla mnie na pierwszym miejscu jest Wisła, na drugim matka, a na trzecim dziewczyna i dziecko. – To jest jak krucjata – wyjaśnia Piotrek. – Jak się bijesz, czujesz w sobie siłę całej ekipy. Jakaś pierwotna, prymitywna siła tobą kieruje. – W pewnym sensie już oddałem swoje życie klubowi – mówi Cienki, i podciąga rękaw bluzy. Na całym przedramieniu ma wytatuowany wielki napis “Wisła”. – Wiem, że mógłbym za nią umrzeć, bo już nieraz stawałem twarzą w twarz ze śmiercią. Nie czuję strachu i jakby było trzeba, tobym sam poszedł nawet na trzydziestu. Lubię się bić i czuję satysfakcję, że mogę sprawić ból wrogowi. Ale nie chodzi o to, że to jest fajne, czy że sprawia przyjemność, tylko o to, kto rządzi. Chuligani są po to, żeby się przeciwstawiać innym klubom. To trochę jak w grze komputerowej, tylko że tu masz jedno życie…